Lublin, lata 30. XX wieku

Historia ma zazwyczaj zapach prochu, taniego tytoniu albo spalenizny. Rzadko kiedy pachnie miodem.

A jednak, w Polsce międzywojnia, w cieniu nadciągającej apokalipsy, podjęto próbę oszukania przeznaczenia. Na Lubelszczyźnie, gdzie bieda piszczała w trawie równie głośno co świerszcze, Stanisław Jasieński postanowił zbudować imperium. Nie z żelaza i betonu, lecz z wosku i słońca.

Jego "Rzeczpospolita Pszczelarska" nie była metaforą. Była konkretem.

Anatomia Utopii

Jasieński, architekt tego miodowego państwa, rozumiał coś, co umykało ówczesnym politykom: że pszczoła to nie owad, to ustrój.

W centrum Lublina, przy ulicy Staszica i Chmielnej, biło serce nowoczesnego klastra. To nie była chałupnicza dłubanina. To był przemysł. Wytwórnie węzy tłoczyły fundamenty pod tysiące uli. Rozlewnie miodu zamieniały pracę owadów w "płynne złoto", które płynęło do Warszawy, Lwowa i Wilna. W laboratoriach przy Radziwiłłowskiej chemicy w białych kitlach sprawdzali czystość nektaru z surowością sędziów śledczych.

System był domknięty. Miodosytnie, cukiernie, a nawet technikum w Pszczelej Woli – jedyna szkoła w Europie, gdzie uczono, że pracowitość jest walutą twardszą niż złoty polski. Jasieński stworzył państwo w państwie, oparte na solidarności roju. Gdy Wielki Kryzys dławił Europę, lubelscy spółdzielcy trwali. Bo pszczoła nie zna kryzysu; pszczoła zna tylko pracę.

W Ogrodzie Saskim postawiono przeszklony ul. Przechodnie mogli patrzeć na idealne społeczeństwo. Czyste. Zorganizowane. Bezinteresowne. Było to marzenie o Polsce, która działa jak zegarek, a nie jak pospolite ruszenie.

Zdeptany Plaster

Historia nie lubi jednak konkurencji w inżynierii społecznej.

Nadeszła wojna, a po niej – "wyzwolenie". Nowa, czerwona władza spojrzała na imperium Jasieńskiego z podejrzeniem. Spółdzielnia była zbyt niezależna. Zbyt dumna. Zbyt "pańska" w swoim dążeniu do jakości. Komuniści woleli mrówki – bezimienne masy budujące gmach socjalizmu – niż pszczoły, arystokratki natury.

Jasieńskiego, Królową Matkę tego projektu, zamknięto w więzieniu. Ule upaństwowiono. Misterną sieć powiązań porwano. To, co było "Rzeczpospolitą Pszczelarską", stało się tylko pozycją w planie pięcioletnim. Miód stracił smak wolności, stał się towarem.

Dziś wiemy, że był to błąd nie tylko ekonomiczny, ale i cywilizacyjny. Zniszczono etos. Mandeville pisał w "Bajce o pszczołach", że cnoty prowadzą do upadku gospodarki. Jasieński udowodnił, że się mylił. Upadł nie przez cnoty, ale przez barbarzyństwo, które ich nie rozumiało.

Pszczoła Ocala

Dlaczego wracamy do tej historii? Dlaczego Ośrodek "Brama Grodzka – Teatr NN" z taką pieczołowitością, cyfrowym dłutem, odtwarza w wirtualnej przestrzeni nieistniejące miodosytnie?

Bo pszczoła w polskiej kulturze to coś więcej niż rolnictwo. To metafizyka.

Czesław Miłosz w dniu końca świata widział pszczołę krążącą nad kwiatem nasturcji. Gdy walą się imperia, pszczoła robi swoje. Jest strażniczką trwania. Leśmian widział w nich "złoty pomiot", łączników ze światem zmarłych. Archiwiści z Lublina weszli w tę rolę. Zbierają pyłek faktów – stare faktury, fotografie, wspomnienia córki Jasieńskiego – i lepią z nich plaster pamięci.

Współczesna demokracja wciąż szamocze się między chaosem a dyktaturą. Może dlatego tęsknimy za "Rzeczpospolitą Pszczelarską". Za światem, gdzie praca ma sens, a wynik trudu jest słodki i służy wszystkim.

Spacerując dziś ulicą Chmielną, warto wziąć głęboki oddech. Jeśli wytężysz zmysły, pod warstwą spalin wyczujesz ten zapach. Zapach utraconej utopii. Dowód na to, że Polska mogła być inna. Bardziej jak ul, mniej jak dżungla.

Pszczoła wciąż krąży. Dopóki pamiętamy, rój nie umarł. On tylko zapadł w zimowy sen.


Tekst powstał na podstawie https://www.youtube.com/live/jyM7uq78F2w?si=Bo1zBpuMO6GxHdZW