Zmierzch epoki spektaklu i narodziny nowej miejskiej wrażliwości

Współczesna urbanistyka balansuje na krawędzi epok. Historycy przyszłości prawdopodobnie wyznaczą w naszych czasach cezurę oddzielającą erę architektonicznego popisu od ery relacji. Przez ostatnie trzy dekady globalny dyskurs projektowy pozostawał w cieniu jednego, wszechogarniającego zjawiska, które zdefiniowało strategie rozwoju od baskijskiego wybrzeża po pustynne rubieże Chin. Mowa o „Efekcie Bilbao” – paradygmacie, w którym architektura stała się narzędziem marketingu terytorialnego, a budynek autonomiczną rzeźbą o rzekomej mocy transformacji ekonomicznej. Dziś jednak ten model wygasa, ustępując miejsca pragmatyzmowi opartemu na adaptacji dziedzictwa i projektowaniu doświadczeń, gdzie budynek przestaje być solistą, a staje się elementem miejskiego ekosystemu.

Anatomia iluzji i zmierzch ery gwiazd

Aby zrozumieć tę zmianę, należy cofnąć się do jej źródła – otwarcia Muzeum Guggenheima w Bilbao w 1997 roku. Frank Gehry, tworząc swoją dekonstruktywistyczną wizję, dał światu obiekt będący „przechadzalną rzeźbą”. Tytanowe panele, lśniące w słońcu niczym rybie łuski, nie wynikały z funkcji ekspozycyjnej, lecz z chęci kreacji nowej jakości przestrzennej. Powstał swoisty Gesamtkunstwerk, w którym granica między architekturą a sztuką uległa zatarciu. Jednak w tej symbiozie kryje się ryzyko: forma staje się tak silnym znakiem, że potrafi przyćmić treść, redukując muzeum do roli tła dla architektonicznego spektaklu. Kluczowym błędem naśladowców hiszpańskiego sukcesu była redukcja fenomenu miasta do samej bryły muzeum. „Prawdziwy Efekt Bilbao” nie zaistniał w próżni; był zwieńczeniem wieloletniej, kosztownej strategii. Sukces ten nie byłby możliwy bez oczyszczenia biologicznie martwej rzeki Nervión, transformacji terenów stoczniowych w dzielnice biznesowe czy budowy metra według projektu Normana Fostera. Muzeum stanowiło jedynie katalizator zmian, luksusową wyspę, która bez solidnych fundamentów infrastrukturalnych pozostałaby martwym punktem na mapie.

Niestety, globalny sukces Bilbao wywołał gorączkę złota. Włodarze miast na całym świecie ulegli iluzji, że zatrudnienie architektonicznej gwiazdy stanowi magiczne remedium na bolączki lokalnych gospodarek. Ta bezrefleksyjna pogoń za ikoną doprowadziła do powstania „białych słoni” – kosztownych pomników pychy. Najbardziej jaskrawym przykładem tej patologii stało się Miasto Kultury Galicji w Santiago de Compostela. Projekt Petera Eisenmana, pomyślany jako monumentalny „sztuczny krajobraz”, padł ofiarą własnej skali. Przeskalowanie, brak zdefiniowanego programu i czterokrotne przekroczenie budżetu uczyniły z niego symbol marnotrawstwa i projektowania oderwanego od rzeczywistości. Podobny los spotkał muzeum w chińskim Ordos, gdzie pracownia MAD Architects postawiła futurystyczną formę w „mieście duchów”. Piękna skorupa stanęła na pustyni, pozbawiona użytkowników i treści, dobitnie obnażając absurd budowania formy bez uwzględnienia kontekstu społecznego.

Pochwała kontekstu i triumf adaptacji

Na tle tych globalnych zmagań z materią ikoniczną, polskie realizacje ostatnich lat jawią się jako przykład interesującej dojrzałości i wyczucia. Katowicka Strefa Kultury czy szczecińska Filharmonia dowodzą, że ikona nie musi krzyczeć, by zostać usłyszaną. W Katowicach architekci z pracowni Riegler Riewe zdecydowali się na gest niezwykłej pokory, chowając Muzeum Śląskie pod ziemię, by wyeksponować zabytkowe wieże wyciągowe kopalni. Z kolei gmach NOSPR, nawiązujący ceglaną elewacją do robotniczego Nikiszowca, połączył tożsamość regionalną ze światową jakością akustyki. W Szczecinie biała bryła filharmonii autorstwa Barozzi Veiga stała się nowym symbolem miasta nie poprzez gigantomanię, lecz abstrakcyjne, poetyckie nawiązanie do historycznych szczytów hanzeatyckich kamienic. To dowód, że marka miasta może być budowana poprzez jakość i subtelność, a nie tylko brutalną skalę.

Równie istotnym nurtem, redefiniującym współczesne projektowanie, jest globalny zwrot ku adaptacji dziedzictwa przemysłowego. Warszawa, z projektami takimi jak Fabryka Norblina czy Elektrownia Powiśle, wpisuje się w trend odchodzenia od tabula rasa na rzecz nadawania budynkom drugiego życia. Jednak najbardziej spektakularnym punktem odniesienia pozostaje Zeitz MOCAA w Kapsztadzie. Thomas Heatherwick, zamiast wyburzać betonowe silosy zbożowe, postanowił „wyrzeźbić” w nich wnętrze. Atrium, wycięte w surowym betonie w kształcie ziarna, przypomina gotycką katedrę i udowadnia, że ograniczenia starych struktur mogą generować formy bardziej poruszające emocjonalnie niż jakikolwiek nowy budynek. To właśnie w dialogu z historią, a nie w jej negowaniu, rodzi się nowa jakość przestrzeni publicznej.

Dyktat algorytmu i poszukiwanie autentyczności

Współczesna architektura musi się jednak mierzyć z nowym, podstępnym wyzwaniem – dyktatem cyfrowych algorytmów. Zjawisko „Instagrammability” sprawia, że przestrzeń projektowana jest coraz częściej pod kątem kadru na ekranie smartfona, a nie realnego doświadczenia użytkownika. Prowadzi to do niebezpiecznej homogenizacji estetyki, którą krytycy określają mianem „AirSpace”. Kawiarnie w Berlinie, Nowym Jorku i Warszawie zaczynają wyglądać identycznie, tracąc lokalny kontekst na rzecz bezpiecznego, fotogenicznego minimalizmu, który dobrze pozycjonuje się w mediach społecznościowych. Architektura staje się tłem dla autopromocji, a fizyczne, zmysłowe doświadczenie przestrzeni ustępuje miejsca jej cyfrowej, spłaszczonej aurze.

Epoka narzucania miastom arbitralnych form powoli odchodzi w przeszłość, ustępując miejsca nowemu pragmatyzmowi. Jest to architektura wrażliwa, skupiona na relacjach międzyludzkich i świadoma wyzwań klimatycznych. Dla projektantów płynie z tego jasna lekcja: prawdziwa ikona XXI wieku musi wynikać z głębokiego zrozumienia miejsca, a nie z ego twórcy. Polskie miasta, dysponujące unikalnymi zasobami postindustrialnymi, mają szansę wyznaczać w tym zakresie własne standardy. Nie musimy budować kolejnych „polskich Dubajów” ani ślepo kopiować zachodnich wzorców. Wystarczy, że z szacunkiem i odwagą spojrzymy na to, co już mamy, dodając do tego warstwę nowoczesnej funkcji i zrozumienia dla zmieniających się potrzeb człowieka. W świecie zdominowanym przez cyfrowe kopie to właśnie autentyczność staje się najcenniejszą walutą.

Tekst powstał na podstawie materiału fimowego Świątynie kultury. Efekt Bilbao | ARTE.tv Dokumenty