W podszewce każdego projektanta, głęboko ukryta, spoczywa legitymacja dyktatora. Gdy kreślimy linię krzesła, gdy wyznaczamy szlaki interfejsu czy planujemy tkankę nowego osiedla, niemal bezwiednie wchodzimy w rolę demiurga. To słodkie, niebezpieczne przekonanie, że wiemy lepiej – jak człowiek powinien siedzieć, w co klikać, jak żyć. Jednakże surowa lekcja dwudziestego wieku brzmi jednoznacznie: ci, którzy uzurpują sobie prawo do „wiedzy absolutnej”, zbyt często kończą jako architekci więzień, wznoszonych raz z betonu, a raz z binarnego kodu. Być może nadszedł moment, by nasze lśniące utopie cisnąć w kąt i do pracowni zaprosić Karla Poppera.
Nad współczesnym designem wciąż unosi się bowiem duszny opar historycyzmu – tej intelektualnej gorączki, którą Popper diagnozował jako chorobę cywilizacji. Zbyt wielu z nas ulega iluzji „ostatecznej formy”, wierząc, że ewolucja technologii jest wektorem wycelowanym w jeden, nieuchronny punkt. W tej wizji nasza rola redukuje się do odkrywania owego Przeznaczenia i wdrażania go, nawet wbrew oporowi materii, którą w tym przypadku jest żywy, nieprzewidywalny użytkownik. To właśnie owo myślenie rodzi „Maszyny do Mieszkania” Le Corbusiera – konstrukcje olśniewające w teorii, lecz nieznośnie nieludzkie w zderzeniu z codziennością. To pycha proroka, który widząc rzekomą przyszłość, próbuje zaciągnąć do niej nieświadome społeczeństwo siłą.
Gdyby Karl Popper zamienił maszynę do pisania na szkicownik, stałby się duchowym ojcem nowoczesnego projektowania doświadczeń. Jego fundamentalna teza – głosząca, że istota nauki nie leży w potwierdzaniu prawd, lecz w bezlitosnym obalaniu błędów – stanowi w istocie najczystszą definicję procesu twórczego. Tymczasem my, zakochani we własnych ideach, wpadamy w pułapkę poszukiwania poklasku. Organizujemy badania, by usłyszeć pochwałę; testujemy prototypy, by dowieść ich sprawności. To błąd poznawczy, przez który na rynek trafiają produkty martwe już w chwili narodzin. Popperowska logika w studiu projektowym nakazuje coś zgoła innego: polowanie na czarnego łabędzia. Zamiast pytać, dlaczego projekt jest wspaniały, należy pytać, w jakich warunkach runie. Zadaniem twórcy nie jest obrona dzieła, lecz próba jego zniszczenia, gdyż każdy błąd – czy to niewygodne oparcie, czy niezrozumiała ikona – nie jest porażką, ale bezcenną informacją, eliminacją fałszywej ścieżki.
Warto spojrzeć na otaczające nas przedmioty przez pryzmat konfliktu między społeczeństwem otwartym a zamkniętym. Produkt „zamknięty” traktuje człowieka jak dziecko lub zbędny trybik; jest monolitem, nierozbieralną bryłą sklejonych części, narzucającą jedyny słuszny sposób użycia. To totalitaryzm w mikroskali: smartfon decydujący za właściciela o dozwolonych aplikacjach, ławka wyprofilowana tak, by uniemożliwić sen. To design oparty na aroganckiej pewności, że twórca przewidział każdy scenariusz. W kontrze do tego stoi design w duchu „Społeczeństwa Otwartego” – inżynieria pokory. To systemy, które oddychają: modularne, naprawialne, adaptowalne. To projektowanie pozostawiające margines na ludzki błąd i inwencję, realizacja popperowskiej „inżynierii cząstkowej” – ulepszania świata kawałek po kawałku, zamiast burzenia go w imię Nowego Wspaniałego Ładu. Zamiast rewolucyjnych zmian, które dezorientują miliony, należy wybierać ewolucję, lecząc to, co boli teraz, zamiast obiecywać raj w nieokreślonej przyszłości.
Musimy więc zabić w sobie Platona – tego wewnętrznego idealistę, każącego szukać niezmiennej Idei Krzesła czy Smartfona. Świat nie jest statycznym zbiorem esencji, lecz chaosem, chmurą, którą my próbujemy na chwilę uporządkować. Prawdziwa odpowiedzialność projektanta nie leży w estetycznej dyktaturze, ale w etycznej wątpliwości. Odrzućmy prorokowanie, bo nie znamy kształtu przyszłości; projektujmy tak, by obiekt mógł się zmienić, gdy ta przyszłość nadejdzie. Celebrujmy błąd, testując po to, by zepsuć, a nie potwierdzić. Szanujmy wolność, tworząc nie sztywne scenariusze zachowań, lecz wachlarze możliwości.
Największym wrogiem dobrego designu nie jest bowiem brak budżetu czy technologii, lecz pycha twórcy przekonanego, że posiadł Prawdę. Niech nad każdą deską kreślarską i każdym monitorem zawiśnie zdanie: „Być może ja się mylę, a ty masz rację; i wspólnym wysiłkiem możemy zbliżyć się do prawdy”. Bo ostatecznie dobry design to nie ten, który zmusza świat do posłuszeństwa, ale ten, który – krok po kroku, błąd po błędzie – pomaga mu być choć trochę mniej nieznośnym.

