„Dobry projekt to taki, który działa. Tylko tyle. I aż tyle."


Współczesny dyskurs o projektowaniu tonie w abstrakcji. Mówimy o narracji produktu, emocjonalnym rezonansie, zrównoważonym rozwoju – pojęciach, które można dowolnie giąć. Tymczasem Michał Ostrowski, w materiale dla „Archeologii Żywej", zabiera nas do świata, w którym design nie był wyborem estetycznym. Był warunkiem życia.

Państwo pierwszych Piastów to nie skansen z minionej epoki. To laboratorium najczystszego funkcjonalizmu – takiego, w którym błąd projektowy kończył się głodem, a wada materiałowa – śmiercią.


Perfekcja przez selekcję

Patrząc na narzędzia naszych przodków, dostrzegamy obiekty ostateczne. Wiersza) – pułapka na ryby znana od mezolitu – jest tego koronnym dowodem. Jej konstrukcja nie zmieniła się przez tysiąclecia. Nie z powodu stagnacji intelektualnej twórców. Z powodu osiągnięcia perfekcji.

To splot wikliny, który rozumie naturę wody i behawiorystykę ofiary głębiej niż jakikolwiek współczesny algorytm. Forma wynika tu z funkcji w sposób tak bezwzględny, że nie pozostawia miejsca na ornament.

Jest szczera – jak tylko śmierć potrafi być szczera.


Ekonomia bez reszty

Uderza gospodarka zasobów, którą dziś nazwalibyśmy modnie „cyrkularną". Wówczas była to po prostu ekonomia konieczności. Rozbiór upolowanej zwierzyny nie generował odpadów:

  • Kość stawała się igłą

  • Ścięgno – nicią

  • Skóra – odzieniem

Projektowanie zaczynało się w momencie śmierci zwierzęcia i trwało, dopóki materia pozwalała na przetworzenie.

To lekcja pokory dla przemysłu, który często projektuje przedmiot z myślą o jego szybkim końcu. Średniowieczny rzemieślnik projektował z myślą o trwaniu. To fundamentalna różnica filozoficzna.


Przedmiot jako pokolenie

Szczególnie wymowny jest fragment o sieciach rybackich.

Dziś to tania masówka – kilkanaście złotych w markecie.

Tysiąc lat temu sieć była inwestycją pokoleniową. Splotem wysiłku całej osady: od uprawy lnu przez jego obróbkę po misterne wiązanie. Wartość przedmiotu definiował nakład ludzkiego czasu – co wymuszało szacunek użytkownika do narzędzia.

Pytanie, które ciśnie się na usta: czy potrafimy dziś zaprojektować obiekt codziennego użytku, który traktowany byłby z taką atencją? I czy w ogóle tego chcemy?


Ciało jako interfejs

Analiza dawnego łowiectwa ujawnia też inne podejście do ergonomii.

Bodarz – rodzaj ościenia o tępych ramionach – służył do wyczuwania ryby ukrytej w mule. Stawał się przedłużeniem układu nerwowego rybaka. To haptyka w stanie najczystszym.

Narzędzie nie izolowało człowieka od natury. Pozwalało mu w nią wniknąć – zrozumieć jej fakturę, opór, temperaturę. Było mostem, nie barierą.

Czy współczesny touchscreen oferuje choćby ułamek tej intymności?


Epilog

Warto czasem, projektując kolejny przedmiot mający „ułatwić życie", spojrzeć wstecz.

Na puszczę, która nie wybaczała błędów.

I na ludzi, którzy potrafili z niej czerpać, tworząc narzędzia genialne w swej prostocie.

Tamten świat nie znał pojęcia designu.

Ale rozumiał jego istotę lepiej niż my.

Rozumiał, że dobry projekt to taki, który działa.

Tylko tyle.

I aż tyle.